Nie znam się, ale się wypowiem – tak bym podsumowała artykuł „Patrz na znaki!” opublikowany w grudniowym wydaniu magazynu Twój Styl. Jestem zdziwiona nie tyle brakiem wiedzy, co brakiem rzetelności dziennikarskiej. Tak się składa, że oprócz prawa studiowałam dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim i wbijano nam do głowy, że przy pisaniu artykułów, najważniejsza jest rzetelność i szczególna staranność. Trzeba szukać, sprawdzać, czytać i pytać u źródła. Tutaj tych podstawowych elementów w pracy dziennikarskiej po prostu zabrakło. Szkoda.

Cały tekst zaczyna się od…błędu.

Certyfikat NaTrue nie należy do grupy Cosmos. Certyfikacja NaTrue była zawsze niezależna od Cosmos i nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Nie jest też tak, że najbardziej znane i pożądane przez producentów są certyfikaty Ecocert i Cosmebio. Nie ma ważniejszych i mniej ważnych certyfikatów. One reprezentują poszczególne państwa. Ecocert i Cosmebio pochodzą z Francji, BDiH to Federalny Związek Niemieckiego Przemysłu i Firm Handlowych, którzy zrzesza m.in. producentów kosmetyków naturalnych. ICEA to dosłownie z włoskiego Instytut Certyfikacji Etycznej i Środowiskowej, zajmujący się certyfikacją żywności i naturalnych kosmetyków, zaś Soil Association to jego odpowiednik w Wielkiej Brytanii. Cosmos jest więc czymś w rodzaju Unii Europejskiej, która zjednoczyła ww. certyfikaty. Natomiast NaTrue to Szwajcaria. Mają swoje standardy, nie akceptują pewnych składników, które dopuszcza Cosmos (jak np. Cocamidopropyl Betaine, popularny składnik w szamponach i żelach pod prysznic) i postanowili pozostać niezależni.

W artykule cytowana jest ekspert, dr Izabela Załęska (która sama o sobie pisze, że jest specjalistką z zakresu kosmetologii estetycznej): „aby otrzymać najpopularniejszy na rynku prestiżowy certyfikat ecocert, kosmetyk musi zawierać aż 95% składników z upraw biologicznych”.

Po pierwsze, nie powiedziałabym, że ecocert jest najbardziej prestiżowy, bo wszystkie certyfikaty są równorzędne, a jedyne rozróżnienie to cosmos natural i cosmos organic (o tym za chwilę).

Po drugie, nie aż 95%, tylko po prostu 95%. Aż to nie jest żadne wielkie osiągnięcie, zwłaszcza jak się doliczy wodę do składu. Nawet Dior, który w ogóle nie aspiruje do bycia eko, przy swoim nowym serum chwali się, że ma 91% składników pochodzenia naturalnego.

Po trzecie, nie 95% składników z upraw biologicznych, tylko 95% składników pochodzenia naturalnego. To jest zasadnicza różnica. Poza tym ecocert, który jak już wiemy należy do Cosmos, rozróżnia dwa rodzaje certyfikacji – ecocert Cosmos Natural i ecocert Cosmos Organic. Natural to taki standard, że mają być składniki pochodzenia naturalnego, natomiast organic to wyższy poziom (o tym szczegółowo będzie dalej na przykładzie kosmetyku Garnier BIO wymienionego w artykule).

Ja nie mam nic do pani ekspert, chętnie bym do niej poszła, gdybym chciała zrobić jakiś zabieg medycyny estetycznej, ale obawiam się, że ma ona niewiele wspólnego z kosmetykami naturalnymi. Przeczytałam na stronie kliniki, w której pracuje dr Załęska, że współtworzyła linię kosmeceutyków brytyjskiej firmy Body Empire.

Zajrzałam więc na polską stronę, żeby zobaczyć listę składników tych kosmetyków. Nie było listy wg INCI, tylko składniki aktywne (co zwykle oznacza, że nie są to kosmetyki naturalne). Skoro jednak brytyjska firma, to poszukałam brytyjskiej wersji strony, na której bez problemu można znaleźć listę składników INCI wszystkich ofertowanych kosmetyków i przy okazji dowiedziałam się, że nie są to kosmetyki naturalne (w składzie PEG, propylene glycol, Phenoxyethanol, więc nie dostaną żadnego z ww. certyfikatów).

Tak więc nie powiedziałabym o dr Załęskiej, że jest ekspertem od eko kosmetyków. Zdaniem dr Załęskiej, nie wszystkich producentów stać na certyfikaty, choć korzystają z naturalnych składników. Następnie jest wypowiedź przedstawicielki marki Uzdrovisco. Wiele osób może więc sądzić, że Uzdrovisco nie stać na certyfikat, choć korzystają z naturalnych składników. Trzeba jednak zauważyć, że kosmetyki Uzdrovisco nie dostaną certyfikatu przede wszystkim dlatego, że nie spełniają wymagań – niektóre zawierają phenoxyethanol, a większość ma syntetyczną kompozycję zapachową, a tego nie akceptuje żaden certyfikat dla kosmetyków naturalnych.

 

Norma ISO, o której mówi w artykule przedstawicielka marki Uzdrovisco, to nie jest certyfikat dla kosmetyków naturalnych, ale sposób obliczania procentowego udziału składników naturalnych, czy naturalnego pochodzenia (bo to nie jest to samo). Ta norma nie wyklucza żadnych składników (jak to robią ww. certyfikaty) i jest całkowicie dobrowolna do stosowania.

Nie zgadzam się z wypowiedziami przedstawicielki marki Uzdrovisco, że dzięki tej normie uda się wyeliminować greenwashing, ani że greenwashing to nieuczciwe informowanie o składzie produktu. Przecież listy składników INCI nie można ukryć i obowiązkiem producenta jest jej umieszczenie na produkcie (z wyjątkiem pomadek i innych małych opakowań, ale wtedy musi być w sklepie dostępna książeczka ze składami). Ale zgadzam się, że greenwashing to po części nadawanie produktom właściwości, których nie mają, czyli udawanie, że to kosmetyk naturalny, choć po analizie listy składników widać, że taki nie jest. A kosmetyk z phenoxyethanolem w składzie i syntetycznym zapachem to będzie greenwashing czy nie? Na to pytanie musicie sobie sami odpowiedzieć.

Przejdźmy do kosmetyków, które ilustrują tę część artykułu. Mamy 3 kosmetyki, z czego tylko jeden ma certyfikat (Garnier BIO – i to BIO warto byłoby dodać w opisie, bo Garnier ma bardzo szeroką gamę kosmetyków, ale tylko linia BIO posiada certyfikat). Szkoda, że zdjęcie jest tak małe, że nie widać, że ten olejek ma certyfikat cosmos organic (czyli wyżej niż cosmos natural), co oznacza, że minimum 95% roślinnych składników zawartych w tym kosmetyku pochodzi z upraw ekologicznych, a wody się w tym wypadku nie wlicza. Emolium żadnego certyfikatu nie posiada, natomiast maska AVA i tak by go nie dostała, bo ma syntetyczną kompozycję zapachową.

I to jest dopiero 1/3 artykułu. Teraz już będę się streszczać. Druga część artykułu mówi o certyfikacie dla kosmetyków wegańskich. Wszystko się zgadza, jest polski certyfikat Viva!, ale warto byłoby wspomnieć o bardzo popularnym brytyjskim certyfikacie Vegan Society, który jest szeroko stosowany przez producentów kosmetyków, zarówno polskich, jak i zagranicznych.

W tej części artykułu zabrakło mi jednoznacznego rozróżnienia pomiędzy kosmetykami naturalnymi a wegańskimi. Po lekturze artykułu, czytelnik może mieć wrażenie, że wszystkie kosmetyki wegańskie są naturalne, a tak przecież nie jest. Kosmetyki ilustrujące tę część artykułu są faktycznie wegańskie i zarazem naturalne, z wyjątkiem szamponu Joanna (nie jest kosmetykiem naturalnym, jedynie wegańskim).

Trzecia część artykułu dotyczy opakowań. Po pierwsze, nie jest tak, że na opakowaniu muszą być te trzy zielone strzałki, żeby było wiadomo, że opakowanie nadaje się do recyklingu. Kosmetyki z certyfikatem Cosmos muszą mieć opakowania nadające się do recyklingu (wymóg bezwględny). Są też opakowania kosmetyków, które takiego oznaczenia nie posiadają, a mimo to nadają do powtórnego przetworzenia. Mogą być również dwie strzałki w kółku (tzw. zielony punkt), czarne strzałki z cyfrą lub oznaczeniem konkretnego rodzaju plastiku (np. HDPE i PP, które można przetwarzać do 10 razy), czy napis alu w kółku utworzonym z dwóch strzałek (opakowanie aluminiowe nadające się do recyklingu).

Po drugie, szkoda, że autorka artykułu nie wspomniała słowem o istniejących alternatywach dla plastiku, jak np. opakowania z trzciny cukrowej. Na naszym rynku są już dostępne kosmetyki naturalne, które są w takich właśnie opakowaniach. Istnieją też kosmetyki naturalne w plastikowym opakowaniu, które zostały wyprodukowane z plastiku wyłowionego z oceanu, również dostępne na naszym rynku.

Po trzecie, nie ma tu słowa o szklanych opakowaniach, które są alternatywą dla plastiku. Lakoniczne wspomnienie pod koniec o szamponach w kostce to zdecydowanie za mało.

Warto byłoby również wspomnieć, że plastikowe opakowanie po kosmetyku ma szansę na powtórne przetworzenie pod warunkiem, że je odpowiednio posegregujemy. W zeszłym roku 1/3 Polaków nie segregowała śmieci. Dlatego trzeba o tym przypominać, zwłaszcza na łamach opiniotwórczego magazynu.

Pisząc artykuł na temat kosmetyków naturalnych, wegańskich i opakowań kosmetyków trzeba te rzeczy po prostu wiedzieć albo się tego dowiedzieć. Bo po Twoim Stylu, który uchodzi za najlepiej sprzedający się luksusowy magazyn dla kobiet i jest od 30 lat na rynku, spodziewałabym się merytorycznego artykułu, z którego mogłabym się czegoś nauczyć, a nie publikacji wprowadzającej w błąd, która traktuje opisywane kwestie byle jak i widać, że autorka w temacie po prostu „nie siedzi”.