Lista składników to pierwsza rzecz, na jaką patrzę przed zakupem, kosmetyków, żywności, a także ubrań. Od wielu lat używam kosmetyków naturalnych i do tego będę Was zachęcić. Z drugiej strony, przeczytacie tu także o takich produktach, które omijam szerokim łukiem, bo tylko udają naturalne. Walczę o Wasze prawa i Wasze przemyślane decyzje zakupowe. Bądźmy świadomymi konsumentami – wtedy będziemy mieć wybór lepszych i zdrowszych produktów.

Październikowa różowa wstążka, która działa na mnie jak płachta na byka

Jak co roku, w październiku, miesiącu walki z rakiem piersi, pojawiają się limitowane edycje kosmetyków z różową wstążką. Sęk w tym, że przodują kosmetyki, których składniki podejrzewane są działanie rakotwórcze właśnie. Błędne koło albo… zamierzona strategia. Nie będę snuć tutaj teorii spiskowych, ale wyjaśnię Wam, dlaczego nie znoszę różowych limitowanych edycji. Jako przykład posłuży mi najnowszy artykuł z ostatnich Wysokich Obcasów (z 8 października 2016 r.).

Hasło brzmi: “kupując kosmetyki oznaczone różową wstążką, wspierasz badania naukowe i edukację kobiet dotyczące nowotworów piersi”. Nic bardziej mylnego, zwłaszcza dla Clinique, Estee Lauder i La Mer. Te firmy używają składników, które mogą przyczyniać się do rozwoju raka piersi (na czele z parabenami). Zamiast więc przekazywać pieniądze ze sprzedaży potencjalnie rakotwórczych kosmetyków na badania nad rakiem piersi, lepiej byłoby wyeliminować kontrowersyjne składniki i w ten sposób promować profilaktykę. 

Od lat wiele środowisk (głównie organizacje pozarządowe w Stanach Zjednoczonych) piętnuje za to koncern Estee Lauder, który przoduje w tej hipokryzji. Jeśli chodzi o Bobbi Brown, to nie znam składu tej kredki, ani innych kosmetyków. Być może nie są one tak toksyczne, jak pozostałe wymienione przeze mnie firmy, ale nie dałabym głowy, że cały ich asortyment kolorówki i pielęgnacji nie zawiera kontrowersyjnych składników, podejrzewanych o działanie kancerogenne.

Jedynym pozytywnym wyjątkiem w tym artykule jest spray do twarzy Jane Irelade z certyfikatem ecocert (który zresztą od razu widać nawet na zdjęciu). To w pełni ekologiczny kosmetyk, który nie wpuszcza tutaj nikogo w maliny. Co znamienne, Jane Iredale nie ulega manii różowej wstążki i się w ten sposób nie promuje. 

Zamiast więc kupować bezsensowne różowe wstążki, lepiej zapisać się na mammografię i czytać listę składników kosmetyków, które wcieramy w swoje ciało. Bo to ich składniki przenikają w głąb naszej skóry i mogą się odkładać w wątrobie, czy w nerkach. 

Takie niby świadome Wysokie Obcasy, a poszły ślepo za różową wstążką. Po tej redakcji spodziewałabym się raczej fachowego artykułu o organizacji Think Before You Pink, która przestrzega przed pochopnymi zakupami produktów, które nijak się mają do walki z rakiem piersi, a wykorzystują różowy kolor i wstążkę do wzrostu sprzedaży w październiku, bo o ten przecież miesiąc tu chodzi. 

Także za tytuł artykułu “Przyjemne z pożytecznym” stawiam dwóję – wśród wymienionych kosmetyków jest tylko jeden dobry przykład – Jane Iredale. Reszta ani przyjemna, ani pożyteczna.





O autorze
Reklama kosmetyków na mnie nie działa, dopiero lista składników.
%d bloggers like this: