Lista składników to pierwsza rzecz, na jaką patrzę przed zakupem, kosmetyków, żywności, a także ubrań. Od wielu lat używam kosmetyków naturalnych i do tego będę Was zachęcić. Z drugiej strony, przeczytacie tu także o takich produktach, które omijam szerokim łukiem, bo tylko udają naturalne. Walczę o Wasze prawa i Wasze przemyślane decyzje zakupowe. Bądźmy świadomymi konsumentami – wtedy będziemy mieć wybór lepszych i zdrowszych produktów.

Eco U Choose nature. Really?

Wyprawa na zakupy to obecnie skomplikowane i ryzykowne zajęcie. Mimo to, jak mam okazję, tropię greenwashing i obok takiego bijącego w oczy przykładu, nie mogłam przejść obojętnie. Żeby była jasność: nie krytykuję wszystkich kosmetyków, tylko te, które w chcą udawać naturalne, a lista składników temu przeczy. I tak jest też tutaj.

Oto półka z kosmetykami naturalnymi w Carrefour. Sieć zasłynęła z tego, że wprowadzili bardzo dużo ekologicznych produktów żywnościowych, a nawet otworzyli całe delikatesy BIO. Jednak z kosmetykami muszą się jeszcze sporo podszkolić. Dlaczego?

Opakowanie tego szamponu jednoznacznie sugeruje, że to ma być kosmetyk naturalny. Sklep w tym pomaga umieszczając uroczą zieloną karteczkę „naturalne”. Zieloność bije po oczach. Czas na odwrócenie opakowania i przeczytanie listy składników. I tutaj wychodzi oszustwo. Oto co mamy m.in. w składzie:

Sodium Laureth Sulfate – w teorii łagodniejsza wersja Sodium Lauryl Sulfate. Tak, czy inaczej to popularny i niedrogi składnik powszechnie stosowany w kosmetykach, zwłaszcza mydłach, żelach pod prysznic, płynach do kąpieli, szamponach, żelach do mycia twarzy, ale także w pastach do zębów czy płynach do higieny jamy ustnej. To środek myjący i pianotwórczy. Skutecznie usuwa tłuszcz i inne zanieczyszczenia. Jednak ta skuteczność nie jest dobrze tolerowana przez naszą skórę. Amerykański dziennikarz i publicysta David Steinmann, zajmujący się ochroną środowiska, nazywa SLS agresywnym środkiem myjącym. A przecież do mycia ciała nie potrzebujemy równie silnego detergentu, co płyn do mycia naczyń. 

DMDM Hydantoin – donor rakotwórczego formaldehydu, zwiększa ryzyko powstawania alergii kontaktowej, zaburza gospodarkę hormonalną. Unikam jak ognia.

Methylchloroisothiazolinone (MCI), Methylisothiazolinone (MI) – moje dwa „ulubione” toksyczne konserwanty. MI został uznany za alergen roku 2013, bo wywołuje tak dużo alergii. W sumie to powinien być synonim słowa alergia. Jeśli chcecie mieć swędzącą skórę albo inną reakcję alergiczną, to z tymi składnikami macie duże szanse. Trwa batalia między koncernami kosmetycznymi a konsumentami. Dla zdrowia tych ostatnich te składniki powinny być już dawno zabronione, ale lobbing firm kosmetycznych jest mocny. Co jakiś czas tylko zmniejsza się dopuszczalną koncentrację tych toksycznych składników w kosmetykach, ale dalej są prawnie dopuszczone. Ale nawet w tej minimalnej obecnie dopuszczonej ilości wciąż wywołują alergie.

Jest tam też PEG-7, sztuczny zapach, ale nie chce mi się już znęcać nad tą tragedią. Co to ma być to „eco u” i „choose nature”? Robienie z klientów idiotów?! Bo na opakowaniu nie ma nigdzie polskiego przymiotnika „naturalny”, więc producent będzie się bronić, że przecież „tu nie ma deklaracji, że to kosmetyk naturalny” i udaje, że jest ok. Ale nie jest. Owszem, w składzie jest ekstrakt z liści pietruszki i bazylii, ale te dwa składniki nie czynią całego kosmetyku naturalnym. To wprowadzanie klienta w błąd. Nie dajcie się nabrać.

O autorze
Reklama kosmetyków na mnie nie działa, dopiero lista składników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: