Lista składników to pierwsza rzecz, na jaką patrzę przed zakupem, kosmetyków, żywności, a także ubrań. Od wielu lat używam kosmetyków naturalnych i do tego będę Was zachęcić. Z drugiej strony, przeczytacie tu także o takich produktach, które omijam szerokim łukiem, bo tylko udają naturalne. Walczę o Wasze prawa i Wasze przemyślane decyzje zakupowe. Bądźmy świadomymi konsumentami – wtedy będziemy mieć wybór lepszych i zdrowszych produktów.

Sephora in the USA – część 1

Polska Sephora to nie jest mój target. Kosmetyków naturalnych praktycznie nie ma. Do tego niewyedukowany personel. Panie najczęściej informują mnie, że nie zawiera parabenów i tym stwierdzeniem zamykają temat eko. Trochę lepszy wybór jest przez internet, ale ja bym chciała więcej stacjonarnie.

Z tego właśnie powodu omijałam również Sephorę w Stanach Zjednoczonych. Aż tu nagle się okazało, że zupełnie niesłusznie. Jest tam sporo świetnych kosmetyków ekologicznych. Oczywiście większość wciąż stanowią zwykłe kosmetyki, ale byłam zaskoczona, że na półkach jest wiele marek z dobrym składem. No właśnie. Skład jest kluczowy. W USA jest wprawdzie certyfikat USDA Organic, który odnosi się do ekologicznej żywności i do ekologicznych kosmetyków, ale procedura jego uzyskania jest dość skomplikowana. Dlatego nawet rodzime marki sięgają po certyfikaty europejskie (np. ecocert) albo nie mają żadnych certyfikatów, a jedynym wyznacznikiem ich naturalności jest lista INCI.

Tak więc cierpliwie czytałam listy składników różnych kosmetyków, żeby wybrać te najciekawsze. Oto, jakie interesujące kosmetyki naturalne znalazłam w amerykańskiej Sephorze.

Tata Harper – niektórym nie trzeba przedstawiać tej marki. W Polsce nie jest dostępna ani w Sephorze, ani nigdzie indziej stacjonarnie, ale można kupić te kosmetyki przez Internet. Ich oficjalnym dystrybutorem jest warsztatpiekna.pl

To przykład amerykańskich eko kosmetyków z europejskim certyfikatem ecocert. Drogie, luksusowe, starannie dobrane składniki, wszystko super naturalne. Polecam spróbować choć jeden produkt. Zobaczycie różnicę między kosmetykami naturalnymi a luksusowymi kosmetykami naturalnymi.

 

Herbivore – tę markę znałam z sieci (a dokładnie z Instagrama). Małżeństwo, eko lifestyle. Zaczynali od produkcji mydeł w 2011 roku, które sprzedawali na Etsy (serwis internetowy umożliwiający sprzedaż produktów tradycyjnych, często ręcznie robionych). Potem ona rzuciła pracę i zaczęli robić więcej kosmetyków. Podbili Instagram i dziś są w Sephorze. Chwalą się, że większość składników w ich kosmetykach to składniki aktywne, a więc wartościowe i odżywcze. To przykład na to, że jakość się obroni. Powinni tutaj brać przykład rodzimi producenci naturalnych mydeł, którzy z braku inwencji twórczej dorzucają sztuczne zapachy, przez co w mojej opinii tracą wiarygodność jako eko producenci, a w konsekwencji jakość i szansę na wyróżnienie się spośród wielu podobnych manufaktur.

 

Drunk Elephant – nazwa świetna (pijany słoń). O tej marce też dowiedziałam się z Instagrama. Byłam ciekawa ich składów. Założycielka Tiffany Masterson sama borykała się z problemami skórnymi. Marka założona w 2012 roku z hasłem: „produkt jest tak dobry, jak jego najgorszy składnik”. Składy mają rzeczywiście bogate, choć nie do każdego produktu dostaliby certyfikat, ale to ze względu na zawartość kwasów. Jeden z flagowych produktów Sukari Babyfacial to silna dawka kwasów – 25% AHA i 2% BHA. Drugim super kosmetykiem jest olej marula, tłoczony na zimno i pozyskiwany w wyjątkowy opatentowany sposób nieogrzewanej ekstrakcji wody w celu utrzymania jak największej gęstości składników odżywczych. To wyższa szkoła wtajemniczenia, jeśli chodzi o eko kosmetyki i ich składniki aktywne. Bo tego się nie wyczyta na liście INCI. Przy okazji – czy wiecie w jaki sposób pozyskiwane są Wasze oleje do twarzy? No właśnie. Mało kto się nad tym zastanawia.

 

Kora Organics – australijska modelka Miranda Kerr założyła własną markę eko kosmetyków. To daje do myślenia. Dziewczyna, która używała wszystkich najbardziej znanych i drogich kosmetyków, jakie są na świecie, zakłada własną markę. Dlaczego? Bo szukała czegoś lepszego i bardziej naturalnego niż Dior i Lancome. Półka w Sephorze była dość pusta, jak widać. Nie wiem, czy brakujący olejek pod oczy jest tak świetny czy po prostu lokalny dystrybutor nawalił. Co ciekawe, wśród kosmetyków jest też suplement diety do picia (trzeba rozpuścić w wodzie). U nas to raczej byłoby nie do pomyślenia. My suplementy diety mamy w aptece, ale głównie na wzdęcia, żylaki i gorączkę, a nie na ładną skórę. W USA to nie był ewenement, bo za chwilę pokażę Wam kolejne tego typu kosmetyki od środka (do łykania, a nie do smarowania).

 

To jeszcze nie koniec amerykańskich kosmetyków naturalnych, jakie widziała w Sephorze w Stanach. Wkrótce ciąg dalszy. Nie przegapcie kolejnego wpisu!

O autorze
Reklama kosmetyków na mnie nie działa, dopiero lista składników.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: