Lista składników to pierwsza rzecz, na jaką patrzę przed zakupem, kosmetyków, żywności, a także ubrań. Od wielu lat używam kosmetyków naturalnych i do tego będę Was zachęcić. Z drugiej strony, przeczytacie tu także o takich produktach, które omijam szerokim łukiem, bo tylko udają naturalne. Walczę o Wasze prawa i Wasze przemyślane decyzje zakupowe. Bądźmy świadomymi konsumentami – wtedy będziemy mieć wybór lepszych i zdrowszych produktów.

Mój zestaw na narty

Krem na narty? Powiecie, że to abecadło, bo przecież wiadomo, że krem z filtrem musi być. Ale narty i góry to przy okazji dobra okazja do przetestowania kremu z filtrem w odpowiednich warunkach, a nie tylko śmiganie po mieście z chwilowym słońcem za chmurami.

W Alpach jest mróz, śnieg, wiatr i oczywiście słońce. Żeby była jasność – od lat nie używam już filtrów chemicznych. Tylko mineralne. Tak więc trzeba się trochę nagimnastykować, żeby znaleźć porządny krem, który ma dobrą konsystencję, nie bieli i w miarę dobrze się wchłania. Bo niestety większość kremów z filtrem mineralnym to biała tępa maść przypominająca stygnący cement, o wyglądzie po nałożeniu nie wspomnę, bo już nie raz na plaży wyglądałam jak biały bałwan w kostiumie kąpielowym.

W tym roku wzięłam ze sobą krem, który zaczęłam już wcześniej używać. Tak więc wyrobiłam sobie o nim opinię w mieście, a przyszedł czas, żeby go przetestować w prawdziwie alpejskich warunkach. To krem Soleil Toujours SPF 45, o którym pisałam już na blogu tu. Jak sprawdził się na feriach zimowych? Bardzo dobrze. Jeździłam, gdy padał śnieg, wiał wiatr i świeciło słońce. Skóra zabezpieczona, nos nie był czerwony, żadnego uczucia ściągniętej skóry i żadnych podrażnień. Tak więc szczerze polecam, nie tylko na narty. Bo teraz dalej go używam.

Nie zapomniałam o ustach. Tutaj makijaż był iście narciarski, czyli biały, bo miałam ochronną pomadkę EQ EVOA z filtrem mineralnym SPF 30, opartą o olej rycynowy i z dużą zawartością tlenku cynku. Skład bardzo dobry, do tego certyfikat ecocert. Tak więc usta sobie malowałam na stoku na biało. Nie były spękane ani spierzchnięte. To profesjonalna marka stworzona przez surfera, który oprócz sportowej pasji jest do tego ekologiczny.

Będąc na nartach dbałam nie tylko o twarz, ale i o ciało. Buzię wystawiałam do słońca, więc ciało schowane pod strojem narciarskim postanowiłam potraktować balsamem brązującym Mokosh. Po nartach był basen, więc trzeba było się jakoś pokazać;) Używałam tego balsamu codziennie wieczorem i faktycznie pod koniec pobytu miałam już lekko brązową skórę.

Od makijażu odpoczęłam przez całe ferie. Moja skóra również. Dni spędzone na świeżym powietrzu to był najlepszy detoks dla skóry. Do tego odpowiednia ochrona i skóra nówka-sztuka. Zobaczymy, jak długo uda mi się ten efekt utrzymać…

 

O autorze
Reklama kosmetyków na mnie nie działa, dopiero lista składników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: