Lista składników to pierwsza rzecz, na jaką patrzę przed zakupem, kosmetyków, żywności, a także ubrań. Od wielu lat używam kosmetyków naturalnych i do tego będę Was zachęcić. Z drugiej strony, przeczytacie tu także o takich produktach, które omijam szerokim łukiem, bo tylko udają naturalne. Walczę o Wasze prawa i Wasze przemyślane decyzje zakupowe. Bądźmy świadomymi konsumentami – wtedy będziemy mieć wybór lepszych i zdrowszych produktów.

I po lecie, czyli kosmetyki, które się skończyły wraz z ładną pogodą

Zdjęcie pustych opakowań udało mi się zrobić dosłownie w ostatnich promieniach słońca, bo dziś niebo zaciągnięte chmurami, do tego przelotne opady deszczu, i tak pewnie zostanie przez kilka najbliższych dni.

Akurat kosmetyki, które właśnie mi się skończyły, były dobre latem i już się cieszę, że będę mogła zacząć coś nowego. Zanim jednak przejdziemy do pielęgnacji jesiennej, zobaczcie co sprawdziło się latem w mojej pielęgnacji, a co nie.

Zacznę od maski do włosów SO BIO. Do tej maski zabierałam się jak pies do jeża, bo wyraźnie jest napisane, że trzeba ją trzymać na włosach, a ja na początku traktowałam ją jak zwykłą odżywkę do włosów i po chwili spłukiwałam. I to był błąd. Bo miałam wrażenie, że obciąża włosy, a nie odżywia. Nie umiem wyjaśnić takiego działania. Natomiast na początku byłam z niej niezadowolona. Nawet na chwilę przestałam jej w ogóle używać. W końcu postanowiłam ją potrzymać na włosach. Umyłam włosy, osuszyłam ręcznikiem i nałożyłam maskę. A że dziecię akurat miało drzemkę, to potrzymałam maskę na włosach prawie godzinę. Spłukałam i rozczesałam inne włosy. Miękkie, gładkie, jakby lżejsze (z natury mam gęste włosy i nie potrzebuję dodawania objętości). Okazało się, że to najlepszy sposób używania tej maski. To po prostu nie jest odżywka, więc lepiej jej nie używać wcale albo trzymać dłużej na włosach. Dzięki temu nie mam rozdwojonych i przesuszonych końcówek po lecie. Oczywiście wybieram się niedługo do fryzjera, ale ta maska z pewnością poprawiła stan moich wakacyjnych włosów.

Składniki / Ingredients INCI: Aqua (Water), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate SE, Alcohol*, Glycerin, Phospholipids, Argania Spinosa Kernel Oil*, Stearyl Alcohol, Ricinus Communis (Castor Seed) Oil, Benzyl Alcohol, Glycine Soja (Soybean) Oil , Lactic Acid, Sodium Stearoyl Glutamate, Cetearyl Glucoside, Xanthan Gum, Parfum (Fragrance), Glycolipids, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder*, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Hydrogenated Castor Oil, Tocopherol, Dehydroacetic Acid, Glycine Soja (Soybean) Sterols, Argan oil aminopropanediol esters*, Linalool, Limonene.

* z rolnictwa ekologicznego

 

Myślę, że działanie tej maski to odpowiednia proporcja masła shea z alkoholem i olejami – arganowym i rycynowym. Pojedynczo te wszystkie cenne składniki raczej nie dałyby takiego dobrego efektu. Pomimo pokaźnie wyglądającego słoiczka, maska nie jest jakoś zaskakująco wydajna. Mam półdługie włosy i nie szczędziłam maski, przy czym nakładałam od połowy długości po końcówki. Włosy ją dość dobrze chłonęły, a z drugiej strony może po prostu potrzebowały solidnej dawki nawilżenia po słońcu.

Drugie denko to jabłkowy krem do twarzy Phenome. Świetny, lekki, o konsystencji bardziej żelowej niż kremowej i faktycznie pachnie jabłkami – i oczywiście nie jest to sztuczny zapach. Warto też wspomnieć, że wszystkie kosmetyki Phenome są oparte o hydrolaty, a nie o wodę. Krem jabłkowy oparty jest o wodę z liści aloesu (hydrolat aloesowy).

Składniki / Ingredients INCI: Aloe Barbadensis Leaf Water **, Dicaprylyl Carbonate**, Glycerin**, Pyrus Malus Fruit Extract**, Prunus Amygdalus Dulcis Oil*, Butyrospermum Parkii Butter*, Ginkgo Biloba Leaf Extract*, Cetyl Alcohol**, Sodium Polyacrylate, Aloe Barbadensis Leaf Juice**, Aqua**, Melissa Officinalis ExtractU*, Citrus Aurantium Dulcis Peel Extract*, Camellia Sinensis Leaf Extract*, Chamomilla Recutita Flower Extract*, Olea Europaea Fruit Oil*, Tocopheryl Acetate, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Benzyl Alcohol, Mauritia Flexuosa Fruit Oil**, Parfum**, Vitis Vinifera Seed Oil**, Malpighia Punicifolia Fruit Extract**, Dehydroacetic Acid, Hexyl Cinnamal**, Cinnamal**

*Certified Organic, **Natural Raw Materials, ***Components of Natural Essential Oils

Żelowy krem jest naprawdę bardzo lekki, dzięki temu szybko się wchłania. To wprawdzie jest krem na dzień, ale ze względu na brak filtra stosowałam go także na noc, a czasami nawet częściej na noc niż na dzień. Zużyłam go dość szybko, bo od pewnego czasu dla mnie krem do twarzy to jest obszar od czoła po głęboki dekolt. I polecam wszystkim dziewczynom takie nakładanie kremu do twarzy, zanim się zorientujecie, że pod brodą jest sucha skóra, a przecież na żuchwie zawsze był trądzik. To bardzo zgubne myślenie o swojej tłustej skórze, które także i mnie dopadło. Tak więc każdy krem na dzień stosuję również na szyję i dekolt, bo balsam do ciała uważam już za niewystarczający do pielęgnacji tych partii ciała (to dobre dla dwudziestolatek).

 

Ale nie wszystkie kosmetyki do twarzy stosuję w ten sposób. Nie dotyczy np. serum na trądzik, który u mnie występuje od czoła do brody wyłącznie. Dlatego serum Naturativ stosowałam raczej punktowo niż na całą twarz. I w czasie wakacji wyłącznie na noc.

Składniki / Ingredients (INCI):

Aqua, Rosa Damascena Flower Water, Arctium Majus Root Extract, Caprylic/Capric Triglyceride, Laminaria Ochroleuca Extract, Candida Bombicola (Glucose) Methyl Rapeseedate Ferment, Calophyllum Inophyllum Seed Oil, Lysolecithin, Sclerotium Gum, Xanthan Gum, Pullulan, Sodium Hyaluronate, Argania Spinosa Kernel Oil, Phenethyl Alcohol, Sodium Phytate, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene

W składzie warto zwrócić uwagę na bioferment z rzepaku i pszenicy – działa bakteriostatycznie i reguluje wydzielanie sebum. Te wszystkie fermentujące składniki stały się ostatnio modne za sprawą kosmetyków koreańskich. Z tym, że tam poza nielicznymi aktywnymi składnikami, i częściowo faktycznie unikatowymi, reszta to stare, dobrze mi znane, ale niestety toksyczne konserwanty. A tutaj nie trzeba szukać na Dalekim Wschodzie fermentujących składników. Serum faktycznie matowi i skóra u mnie hamuje z tym nadmiarem sebum i świeceniem się.

 

Na koniec pasta do zębów Dr. Sheffield’s. Nie znajdziecie jej w Polsce (przynajmniej ja jej tutaj nie widziałam). Przywiozłam ją z USA. I jak przystało na prawdziwie amerykański kosmetyk, poza listą składników mamy łopatologiczne wyjaśnienie, co zawiera, a raczej czego ta pasta nie zawiera. A więc nie zawiera fluoru, SLS-ów i innych syntetycznych detergentów, ani środków pianitwórczych, nie zawiera sztucznych kolorów i słodzików. No i teraz pewnie spodziewacie się jakiejś brei w tej tubce. Nic podobnego. Pasta jest jak należy. Pachnie miętowo, jest biała i ma normalną konsystencję. Na szczoteczce prezentuje się bardzo dobrze i myje się nią zęby też bardzo dobrze. Czyli mamy pastę nietoksyczną, która wygląda i smakuje jak każda inna pasta. Jeżeli gdzieś na nią natraficie, to zachęcam do spróbowania.

 

O autorze
Reklama kosmetyków na mnie nie działa, dopiero lista składników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: