Lista składników to pierwsza rzecz, na jaką patrzę przed zakupem, kosmetyków, żywności, a także ubrań. Od wielu lat używam kosmetyków naturalnych i do tego będę Was zachęcić. Z drugiej strony, przeczytacie tu także o takich produktach, które omijam szerokim łukiem, bo tylko udają naturalne. Walczę o Wasze prawa i Wasze przemyślane decyzje zakupowe. Bądźmy świadomymi konsumentami – wtedy będziemy mieć wybór lepszych i zdrowszych produktów.

Nie polecam – Planeta Organica

Od pewnego czasu trwa internetowy zachwyt nad rosyjskimi kosmetykami Babuszki Agafi (czy jakoś tak) i innymi tego typu wynalazkami zza wschodniej granicy. Peanom nie ma końca. Że takie rewelacyjne, z dobrym składem, w dobrej cenie. Po prostu Chanel w promocji. Tyle, że Chanel nie robi promocji ani przeceny.

Intuicja podpowiadała mi, żeby przyjrzeć się porządnie tym kosmetykom, bo jak wiadomo „nie ma darmowych lunchy” i tak samo nie ma tanich kosmetyków z super składem. Ale postanowiłam wypróbować. Padło na arganową odżywkę do włosów Planeta Organica.  Obejrzałam opakowanie i natknęłam się na coś, co udaje certyfikaty. Pierwsze oznaczenie, że „certified organic ingredients” okraszone listkami (że niby to roślinki są) – czyli nic to nie znaczy. Ziaja też swego czasu pisała na opakowaniu, że zawiera olej arganowy z ecocertem. Tylko co z tego, jak przy okazji było tam mnóstwo paskudnych i zdecydowanie nieekologicznych składników. 

Drugi pseudo certyfikat głosił „paraben free” i „sls free” plus grafika pt. blokująca rączka w kółeczku. To się nazywa z angielskiego greenwashing, czyli jak nie możemy nabyć certyfikatu, to sobie sami go wymyślimy. Jak widzę tego typu oznaczenia, to już mi się zapala czerwona lampka. Toleruję tylko albo prawdziwy certyfikat albo prawdziwy dobry skład, który sam się broni i nie potrzebuje certyfikatu. A jeśli ktoś na siłę wymyśla takie pseudo certyfikaty, to zwykle dlatego, że ma coś do ukrycia. 

Mimo złego pierwszego wrażenia na zewnątrz (ogląd opakowania) postanowiłam spróbować osławionej odżywki. Najpierw powalił mnie intensywny zapach, zdecydowanie nie naturalny,  ostry, drażniący w nos. Mimo to nałożyłam odżywkę na dłoń. Konsystencja brejowatej papki o zgniłym zielonym kolorze – taka typowa antyreklama kosmetyków naturalnych. Zgniły zielony kolor toleruję jedynie w oryginalnym mydle aleppo. Ale nic co. Dałam odżywce szansę i nałożyłam na włosy, od połowy długości po końcówki. Mimo takiego sposobu nakładania miałam problemy ze spłukaniem odżywki, a następnie z rozczesaniem włosów. I za nic w świecie nie mogłam pozbyć się tłustej pozostałości tejże odżywki na czubku głowy. Płukałam, czesałam, suszyłam, a na czubku wciąż tkwiło tłuste gniazdo. 

Nie wiem, czy ktokolwiek kiedykolwiek doceni moje zdeterminowanie, bo nie wyrzuciłam tej odżywki od razu, tylko jeszcze kilka razy użyłam, z niezmiennie tłustym na czubku głowy efektem. W końcu się poddałam, czyli uznałam, że odżywka nie nadaje się do włosów. Jako osoba oszczędna z natury nie lubię wyrzucać kosmetyków, których nie zużyłam do końca. Dlatego też postanowiłam znaleźć inne zastosowanie dla arganowej odżywki do włosów. Wymyśliłam, że może uda się użyć jej jako mydła do golenia nóg. Niestety tu również zawiodła. Maszynka tępo sunęła po mojej łydce, nie czyniąc jej wcale gładkiej. Tu także dałam jej kilka szans. Oczywiście bez efektu.

Wobec licznych niepowodzeń, przełamałam wrodzoną sknerowatość i wyrzuciłam (ciśnie mi się na usta bardziej dosadne określenie) odżywkę arganową marki Planet Organica. Nie zamierzam więcej próbować jakichkolwiek rosyjskich kosmetyków. Dziękuję. Dasfidania. 


O autorze
Reklama kosmetyków na mnie nie działa, dopiero lista składników.

0 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: