Lista składników to pierwsza rzecz, na jaką patrzę przed zakupem, kosmetyków, żywności, a także ubrań. Od wielu lat używam kosmetyków naturalnych i do tego będę Was zachęcić. Z drugiej strony, przeczytacie tu także o takich produktach, które omijam szerokim łukiem, bo tylko udają naturalne. Walczę o Wasze prawa i Wasze przemyślane decyzje zakupowe. Bądźmy świadomymi konsumentami – wtedy będziemy mieć wybór lepszych i zdrowszych produktów.

Nivea Baby – nie dla dzieci!

Znowu będzie o pielęgnacji dzieci, ale jako młoda (stażem wyłącznie) matka czuję się w obowiązku ostrzegać i informować inne matki przed szkodliwymi kosmetykami. Już dawno przekonałam się, że hasło „dla dzieci” nie oznacza wcale zdrowszej wersji kosmetyku. Wręcz przeciwnie. Może być znacznie gorzej. W tym przypadku zachowałam próbkę kremu wyłącznie w celu udokumentowania i ostrzegania. Nivea baby kojący krem przeciwko odparzeniom to krem, który należy omijać szerokim łukiem, a już na pewno nie smarować ani dziecka, ani siebie. Dlaczego?

Będę budować  napięcie stopniowo, zgodnie z listą składników. Na pierwszym miejscu mamy krystaliczny wosk mineralny – nic strasznego, ale mógłby być naturalny wosk pszczeli, tak jak w kosmetykach ekologicznych dla dzieci. Dalej tlenek cynku w liczbie 20%, o czym Nivea informuje na opakowaniu. W porządku. I na tym koniec dobrych wiadomości. Im dalej, tym gorzej. Lanolina i parafina. Nie używam kosmetyków z zawartością paraffinum liquidum i tym bardziej nie używa ich moje dziecko. Nivea chwali się na opakowaniu unikalną formułą wzbogaconą wyciągiem z kiełków pszenicy. Są te kiełki pszenicy, owszem, na piątym miejscu od końca. Unikalna formuła polega być może na znikomej ilości kiełków. Prawdziwy unikat. I najlepsze na końcu (ściśle na drugim miejscu od końca). Methylisothiazolinone. Nigdy nie mogę wymówić poprawnie tej nazwy. Zawsze przekręcam na „metylizone”. W każdym razie to wyjątkowy syf, za który zabrała się nie tak dawno organizacja sektora kosmetycznego Cosmetics Europe. Dla mnie to dowód na rakotwórczość tego składnika, a w wersji poprawnej politycznie powiem, że może powodować co najmniej alergie skórne. Cosmetics Europe apeluje do producentów, aby nie stosować tego składnika w produktach, których się nie spłukuje oraz w kosmetykach dla dzieci. A tu co mamy? Kosmetyk dla dzieci, którego się nie spłukuje. Kumulacja toksyczności. Składnik wciąż jest dozwolony w produktach spłukiwalnych (spotykam go w mydłach w płynie i płynach do mycia naczyń). Ale uwaga! Dopuszczalne stężenie to 0,01%. A zatem „metylizone” w kremie dla dzieci na odparzenia pieluszkowe to zbrodnia. Nivea – wstyd!


O autorze
Reklama kosmetyków na mnie nie działa, dopiero lista składników.

0 Comments

  1. Najgorsze, że wciąż jest tylu naiwnych ludzi (rodziców, opiekunów, cioć, babć) na takie kosmetyki. W głowie się nie mieści. Miałam nawet ostatnio ze znajomą potyczkę, chwaliła się czego używała w ciąży i co kupiła dzidziusiowi, znalazła w internecie nie takie informacje jak trzeba, np że Oilatum jest takie super, a to nic innego, jak Nivea, tyle że ma mniej wody w składach, za to jeszcze więcej parafiny i innej toksycznej chemii. Sama używała Musteli dla mam, złapałam się za głowę widząc składy. Kosmetyki straszne, po prostu okropne i do tego drogie. Ale jej pasują, bo przecież tyle mam poleca, no i nie ma ani jednego rozstępu i że przecież po to są różne kosmetyki, żeby kupować, z drugiej strony chwaliła się jak to ona nie dba o siebie w ciąży, tu warzywka, tu owocki, kasze, żadnego śmieciowego jedzenia. Powiedziałam jej więc, że dlaczego? Przecież po to jest, żeby kupować:-)

  2. Większość rodziców bezkrytycznie ufa zapewnieniom producenta albo wierzy, że jeśli dany produkt jest dopuszczony do sprzedaży, to na pewno jest zdrowy, przebadany i nie trzeba w związku z tym czytać listy składników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: